Dużo się u mnie zmieniło, jeszcze więcej by chciało, a ja codziennie ogarniam te drobne i większe zmiany. Jedne są miłe, różowe i puchate, inne trochę kolczaste i kanciaste, a inne całkiem czarne, śmierdzące i warczą, a ja nie chcę żadnej z nich. Dlaczego? Bo głupia jestem. Tfu! Wróć – chciałam powiedzieć, że utknęłam w swojej własnej, nie do końca chyba wygodnej strefie komfortu.

„Strefa komfortu” to takie dwa słowa, fraza taka, która ostatnio zrobiła się bardzo modna. Gdzie nie zajrzę, czego nie posłucham, w kółko ktoś coś na ten temat wspomina, wplata do rozmowy, wymądrza się… i wybaczcie, przyszedł czas, że muszę i ja.

Jestem pewna, że każdy ma jakąś swoją definicję strefy komfortu. Ja sobie wizualizuję to pojęcie jako taką strefę bezpieczeństwa, coś co znam, co mam oswojone, opanowane, co potrafię kontrolować. Moja strefa komfortu to taka sytuacja, której składniki znam i lubię, która mnie jako tako zadowala, i która, przede wszystkim!, mnie nie przeraża. A co, jeśli siedzę na kanapie, pod tyłkiem mam mały kamyczek, który trochę pije i uwiera, ale ja się nie ruszam, bo nie chcę zniszczyć tego, co mam? Bo w sumie z tym kamyczkiem to tak trochę mało wygodnie, ale już się przyzwyczaiłam, da się to znieść, nie upija tak bardzo, a jak się ruszę, wstanę i zrobię z tym porządek to jaką mam gwarancję, że znajdę tak samo wygodną pozycję na mojej wypierdzianej kanapie? Jaką mam gwarancję, że bez tego kamyczka będzie mi lepiej? Otóż sraką, drodzy państwo, otóż sraką.

Wpadłam kiedyś w otchłaniach internetów na taki obrazek:

Comfort Zone Quotes - A comfort zone is a beautiful place, but nI nie mam wyjścia, muszę się z tym zgodzić – w strefie komfortu, jakkolwiek by ona piękna nie była, za wiele nie urośnie.

Najbardziej mnie drażni to, że ludzie robią sobie to nagminnie. Pozostają w tych swoich strefach i strefkach i marudzą, narzekają, śmądzą, jak to im cholernie źle i niedobrze. Ale jak tylko usłyszą, żeby zacząć działać, podjąć decyzję i zrobić coś z własną niewygodą, natychmiast wycofują się rakiem – ale po co, w sumie nie jest tak źle, inni mają gorzej… Na marginesie tylko dodam, że my wszystkie, jak od sznurka, wszystkie współuzależnione partnerki alkoholików siedzimy w tych swoich zgniłych, spleśniałych i śmierdzących strefach, w których ostatecznie „nie jest tak źle” – bo mógłby bić (a nie bije), bo mógłby pić codziennie (a pije tylko co drugi dzień), bo mógłby nie pracować (a przecież chodzi do pracy). Ostatecznie – inne mają gorzej… A jak tylko Marek/Zdzisiek/Jurek/Bartek czy inny czort przestanie chlać, to na pewno wszystko się ułoży. A czas mija… i życie mija.. tik tak…

Mam kumpla – na potrzeby tej historii nazwiemy go Kacprem. Kacper ma żonę, której nie znam, więc niejako obraz sytuacji mam jednostronny. Żony nie znam, Kacpra za to całkiem nieźle i wiem, że jest nieszczęśliwy. Skąd wiem? Ano widzę i słyszę, bardzo wyraźnie. Co chwila dostaję raporty zażaleń o tym jak to oni się nie dogadują, jak nie ma między nimi komunikacji, jak w łóżku jest beznadziejnie, że on w sumie nie wie czy ją kocha. Czytam o tym, że ona znów się czepia, że nie chce nigdzie wyjść, z nikim się spotkać, a jak on wychodzi z domu to ona robi histeryczne awantury. Wiem, że próbowali coś robić w kierunku dogadania się, wiem, że nic z tego nie wyszło. Są młodzi, całe życie przed nimi i mam wrażenie, że nawzajem unieszczęśliwiają się coraz bardziej. I nóż mi się w kieszeni otwiera jak słyszę to wszystko, bo systematycznie raz na jakiś czas przeprowadzam z Kacprem taką rozmowę:

- Ja: No dobrze, ok, jest źle, jest do dupy. Co zamierzasz z tym zrobić?

- K.: Nie wiem, to jest beznadziejne, nic się nie uda, już próbowałem… Co ja mam zrobić?

- Ja: Nie powiem ci, co masz robić, nie wiem czy masz z nią zostać czy od niej odejść, ale zrób coś. COKOLWIEK!! Nie marudź, nie płacz mi za uszami, zacznij działać!

- K.: No, ale jest mega chujowo, a ja nie wiem co robić. Nie mam siły, nie chce mi się.

I tak w kółko. W międzyczasie dostaję info o awansie, nowym aucie, remoncie mieszkania, zakupie większego TV itd. Widzicie o co chodzi? Nowe auto – parę miesięcy radochy, mamy piękny temat zastępczy, możemy nie rozmawiać o tym co się między nami dzieje. Remont chaty – wiadomo, endorfiny, wspólne planowanie, wkurwianie się na fachowców, znów mamy idealny temat do rozmów. Byle nie o nas. A jak na chwilę robi się cicho i można by się przyjrzeć sobie – zaczynają się lamenty.

Jest taka książka „Żyj wystarczająco dobrze”. Jest to cykl rozmów z polskimi psychologami i terapeutami na różne tematy, gorąco polecam, bo warto. I w jednej z rozmów Danuta Golec mówi coś takiego: „Jest coś mocno pociągającego w utrzymywaniu niewygodnej i męczącej, ale jednak równowagi. Jakoś tam wiem, jak się poruszać w życiu, mam to przećwiczone. Zmiana, czyli ucieczka z kręgu nieustannych powtórek, to wyprawa w nieznane. Wybitny psychoanalityk Wilfred Bion mówił, że każda zmiana jest katastrofą. Nawet nie dlatego, że może zakończyć się niepowodzeniem, ale dlatego, że najpierw trzeba zniszczyć to, co jest”.

Jak nie piszę, to nie piszę, a dziś chyba przesadziłam. Jeśli dotrwaliście do końca, to powiem Wam, że tchórz ze mnie. Bo ja to wszystko tak pięknie wiem a i tak się boję. Jedyna różnica między mną a Kacprem jest taka, że ja nie skarżę się na swój los. Jestem typem zadaniowca, może i ja wpuszczę jakąś zmianę?