Eddie

Młoda mężatka, już 30-stolatka. Aktualnie pogubiona, pogmatwana i niepewna jutra. Nieuleczalnie wierzę w ludzi i nieustająco mam nadzieję, że będzie lepiej. Któregoś dnia na pewno :)


Wpisy Eddie

I tylko pamięć pozostaje…

 

Wraz z biegiem dni i mijaniem naszego czasu spotykamy na swojej drodze wielu wielu ludzi. Jedni pojawiają się tylko na chwilę, na moment, na jedno mgnienie, inni zostają na dłużej. Niektórzy przemykają tak bardzo bokiem, że nawet ich nie zauważamy, a inni kroczą środkiem naszej drogi i zmieniając bieg naszych losów pozostają na zawsze. Nawet jeśli tylko we wspomnieniach.

O Adamie najpierw usłyszałam. Jak mój Mąż wychodził z leczenia w ośrodku zamkniętym, usłyszał od tamtejszej terapeutki takie słowa: „Słuchaj, jak już stąd wyjdziesz i postanowisz nie przerywać leczenia to pojedź prosto do poradni. A w tej poradni zapisz się do Adama. Tylko i wyłącznie do Adama. Niech on będzie twoim terapeutą indywidualnym, na jego grupy chodź. Pamiętaj, tylko do Adama – to jedyny terapeuta, którego nie uda ci się zmanipulować i przerobić. Przy nim masz szansę”.

Potem Adama poznałam. Niewysoki starszy facet, z brodą, w okularach, taki niepozorny, z łagodnym uśmiechem i ostrym językiem. Patrzył zawsze tak uważnie, że miało się wrażenie, że widzi przez człowieka na wylot. Ja przychodziłam na swoją terapię, a Adam zawsze mnie zagadnął o to jak się czuję i jak tam „jego ulubieniec” ;) Kilka razy słyszałam jak ten uśmiechnięty starszy pan mówi do któregoś ze swoich podopiecznych – „a weź mi tu nie pierdol, bo takich jak ty to ja na pęczki przerobiłem”. Albo: „nie tacy jak ty i nie takie rzeczy mi tu próbowali wkręcać”.

Czasami byłam świadkiem sytuacji jak M. wracał do domu z grupy i zaczynał na Adama pomstować, że ten nic nie rozumie, że wszystkich wrzuca do jednego worka itd. itp.. Ja tylko słuchałam wierząc w to, że w tej konkretnej poradni pracują profesjonaliści i że kto jak kto ale Adam zdecydowanie wie co robi. Następnego dnia M. potrafił do mnie przyjść i powiedzieć: wiesz, Adam jednak miał rację. Chyba znowu odezwały się moje alkoholickie mechanizmy ;)

Pomógł wielu ludziom. Dzięki swojej ciężkiej pracy wyprowadził M. z nałogu i pomagał mu trwać w trzeźwości. Podarował mi 2 lata dobrego, spokojnego życia. A dziś już go nie ma.

Jest mi kurewsko ciężko, chociaż od śmierci M. rzadko go nawet spotykałam. Ale jakoś mnie walnęło.

Dziś dowiedziałam się, że Adam nie żyje.

Spoczywaj w pokoju. Pozdrów ode mnie M. I, gdziekolwiek jesteś, rób swoją robotę.

Potrzymaj mi piwo i patrz…

 

Jakiś czas temu wpadł mi w oczy obrazek, na którym dziewczyna mówi: „Kwiecień, nie możesz zmieścić wszystkich 4 pór roku w 30 dniach…”, a kwiecień na to: „Potrzymaj mi piwo i patrz…”

Żarty żartami, bo ubawiło mnie to niemożebnie, ale wiecie co? Znowu jest mi źle. I z wielką chęcią zwaliłabym wszystko na pogodę, na zimno, na brak słońca, na szarość i ponurość za oknem, ale chyba nawet siebie nie jestem w stanie przekonać do tego, że właśnie to stoi za moim złym samopoczuciem.

No spójrzcie sami – prawie 2 miesiące zajęło mi zabranie się do kolejnego wpisu. Porażka. Pomijam fakt, że roboty mam tyle, że nawet nie wiem kiedy to wszystko minęło – w końcu muszę się jakoś utrzymać. Ale właśnie wróciłam z urlopu, z cudownego, relaksującego i spokojnego odpoczynku i co? I dupa. Znów mnie ten świat zaczął uwierać.

Po pierwsze – sądziłam, że te tematy już za mną a tu guzik – stoczyłam kolejny bój antyalkoholowy. Nie będę Wam dzisiaj opowiadać co i jak, tak tylko napomykam delikatnie, żeby dać Wam znać, że kolejny wpis pojawi się na blogu. Wkrótce. Tzw. coming soon.

Po drugie – każde najmniejsze zawirowanie w stylu pękniętej opony albo złamanego paznokcia wyprowadza mnie całkowicie z równowagi. Znów się chowam, nie odbieram telefonów, nie chce mi się z nikim spotykać, ba, nawet z łóżka za bardzo mi się wstawać nie chce. Nic mnie nie cieszy, nic mnie nie bawi. Najchętniej cały czas bym spała. Znam te stany, ojj jak ja je znam i drugie, większe ojjj, jak ja ich nie chcę… Przemknęła mi przez głowę myśl o tym, żeby pójść do mojej pani psychiatry po jakieś miłe kolorowe wspomagacze nastroju. Ale jeszcze walczę – głównie ze sobą. I pozostaję w pełnym podziwu zachwycie nad własnym organizmem – nie mam pojęcia jak to jest możliwe, że mogłam trwać całymi latami w stresie, strachu, napięciu, pełnej gotowości i jedynym buntem ze strony mojego organizmu była od-czasu-do-czasowa sraczka.. Szok.

Po trzecie – najsmutniejsze – okazało się, że nie potrafię funkcjonować w stabilnej rzeczywistości. Nie umiem odnaleźć się wśród pozytywnych emocji, no nie umiem za cholerę. Staram się, robię co mogę i guzik z tego wychodzi. Sama sobie śmierdzę fałszem. Cudownie i niezawodnie działam w kryzysie – zwarta, gotowa, zadaniowa – to cała ja. A jak mam spokój, jak jestem otoczona cierpliwą uwagą i brakiem presji to zaczynam rzygać tęczą.

Czy można nauczyć się żyć normalnie? Nie wiem. Przemyśliwuję temat i bardzo się staram, żeby powiedzieć, że można. Tylko co ja zrobię, jeśli już zawsze mi tak zostanie?

  • Oto ja

    Już nie-mężatka, 31-latka. Pogubiona, pogmatwana, niepewna jutra. Już nie wierzę w ludzi ani w to, że będzie lepiej. Już nie będzie.
  • Kontakt

    Jeśli masz ochotę, to się odezwij: insane-reality@wp.pl :)

    Insane-reality jest też na FB

  • Lista Lektur

    1. ALKOHOLIK - INSTRUKCJA OBSŁUGI - Jolanta Reisch-Klose, Ewelina Głowacz

    2. MAŁŻEŃSTWO NA LODZIE - Janet G. Woititz

    3. PICIE - OPOWIEŚĆ O MIŁOŚCI - Caroline Knapp

    4. REHAB - Wiktor Osiatyński