Wspominałam chyba w którymś z wpisów lub komentarzy, że niestety borykam się od dłuższego czasu z problemami zdrowotnymi różnej maści i nasilenia. Męczą mnie i gnębią nieustająco różnego rodzaju bóle rozmaitych części ciała, bezsenność, poty, wirusy i inne paskudztwa. Do tego ogólna słabość postępująca osiągnęła taki poziom, że tylko rozbrzmiewający co rano w mojej głowie głos powtarzający z uporem maniaka: „Jesteś biedna!” motywował mnie do wystawienia nosa spod kołdry. No dobrze, jeszcze pies, który jasno i wyraźnie potrafi zakomunikować, że jeśli już-natychmiast-w tej chwili nie zostanie wyprowadzony to otworzą się bramy piekieł i smród pochłonie nas wszystkich.

Ale na poważnie, to któregoś dnia uświadomiłam sobie, że te moje stany podgorączkowe, osłabienie, wieczne przeziębienia oraz sraczki (sorry!) trwają nieprzerwanie od ponad roku z krótką przerwą w okolicach lipca. Co więcej, wyniki badań ogólnych wychodzą mi dobrze, więc w zasadzie nie powinny mnie gnębić takie historie, a tymczasem moja odporność wybrała się chyba na jakieś wakacje życia i jeszcze nie wróciła… I zamarłam, zdrętwiałam i ogłupiałam ze strachu. Dlaczego? Już mówię.

Otóż mój Mąż miał tatuaż. Dość spory, bardzo fajny zresztą, na ramieniu. I wszystko byłoby super gdyby nie to, że ja się nigdy nie dowiedziałam w jakich okolicznościach i warunkach został zrobiony mimo, że pojawił się już w okresie naszego bycia razem. Myślenice ruszyły z kopyta – i dodarła do mnie jeszcze jedna dość oczywista i smutna prawda – że ja nie mam absolutnie najmniejszego pojęcia co mój Mąż wyczyniał po pijaku. Nie wiem z kim pił, gdzie się wiercił, czy na przykład na kurwy nie łaził… No przecież tego nie wiem! Oblały mnie zimne poty.

Po dwóch nieprzespanych nocach i obgryzieniu wszystkich paznokci podjęłam jedyną słuszną decyzję – muszę zrobić test na HIV. W poczekalni Punktu Konsultacyjnego prawie dostałam zawału. Poszło szybko, sprawnie i anonimowo chociaż beczałam całą drogę do domu. I muszę przyznać, że zszokowała mnie ilość osób wykonujących test. Serio, mnie to nie zdziwiło, mnie to totalnie zszokowało – w sumie nie tylko ilość ludzi w kolejce, ale także ich rozmaitość wiekowa, płciowa (no, wiecie o co mi chodzi), wizualna.. Wiecie tak na pierwszy rzut oka: starzy, młodzi, biedni, bogaci, pełen przekrój… Szok. Chyba myślę bardzo stereotypowo.

Żeby nie przeciągać – po kilku dniach odebrałam wyniki uprzednio niemalże zszedłszy na zawał po raz kolejny. To było najdłuższe kilka dni w moim życiu. Obiecałam sobie, że jeżeli M. mnie tym gównem zaraził to go odkopię, urwę łeb, nasikam do środka i zabiję ponownie. Dawno nie byłam tak przerażona i zła. Cofnęłam się w czasie o ładnych kilka lat, emocjonalnie, a wizualnie postarzałam o jakieś 10. Tak czy inaczej – jestem zdrowa. Nie muszę nikogo z grobu wykopywać, to podobno karalne jest ;) „Niereaktywne” zdecydowanie stało się moim ulubionym słowem. Dziękuję Bogu i jestem tak szczęśliwa jak dawno nie byłam. Teraz mogę sobie gorączkować i łapać wszystkie wirusy do woli ;)

Niemal dwa lata po śmierci mojego Męża jestem gotowa zacząć nowe życie. Życie idealne, spokojne, pogodne, takie jakiego zawsze chciałam.

Dzięki, J.