…strach ma bardzo ostre kły…

Dużo o tym strachu u mnie ostatnio. Poprzednim razem pytałam Was czy nie boicie się Wigilii. Nie, nie zapytam o Sylwestra. To jest dopiero okazja do picia, co? Takie usprawiedliwienie, taka oczywistość, żal nie skorzystać, co tam żal – grzech! W tym kraju niepicie to przecież grzech.

Ale ja w sumie nie o tym. Chciałam się z Wami podzielić czymś, co mnie zdumiało, oszołomiło, rozbiło i szczerze mówiąc dość mocno zmęczyło. Bo wiecie co mi się przydarzyło dzisiejszej nocy? Otóż, trzymajcie się mocno… miałam sen alkoholowy.

Minął rok od śmierci mojego Męża, a ja właśnie przeżyłam niezwykle intensywny sen alkoholowy! Śniło mi się, że wchodzę do jakiegoś pokoju czy sali i widzę zastawiony stół i ludzi siedzących wokół, no i oczywiście M., który otwiera butelkę i do szklanki nalewa sobie wódki. A potem podnosi ją do ust a ja podbiegam do niego i mu tę szklankę z ręki wytrącam, a ona rozbija się o ścianę na tysiąc kawałeczków…

Wiele więcej nie pamiętam, jakieś krzyki, jakąś awanturę. Ale wiecie co utkwiło mi w głowie najbardziej oprócz uczucia przejmującego strachu? To, że dosłownie w momencie jak się zamachnęłam już wiedziałam, że robię bardzo źle. To, że w głowie mojej sennej odpowiedniczki wrzasnął głos: Głupia! Zostaw, nie wtrącaj się, nie kontroluj! Niech chla!

Jakieś pół godziny po obudzeniu się zajęło mi dojście do siebie, uświadomienie sobie, że ten temat już mnie nie dotyczy, że to życie już jest za mną, że akurat tego już nie muszę się bać.

Powiedzcie mi, jak to jest możliwe? Jak to możliwe, że pewne kwestie wnikają nam pod skórę, zespalają się z krwiobiegiem, że nawet jeśli coś już dawno minęło to strach, lęk, zagubienie pozostają na zawsze?

Jutro Sylwester. Zapewne stąd się wziął mój alkoholowy sen.

Szampańskiej zabawy, Kochani!