the devil

Rok temu właśnie to usłyszałam. Diabeł nachylił mi się do ucha i szepnął: nie jesteś wystarczająco silna, żeby przetrwać tę burzę. Dziś mogę mu odpowiedzieć, uśmiechając się słodko… To ja jestem burzą…

Rocznica śmierci mojego Męża zmiotła mnie z powierzchni ziemi. Zakopałam się, chora, pod kołdrę i wyłam z rozpaczy. Myślałam, że takie emocje mam już za sobą, że dekiel, na którym siedzę jest wystarczająco szczelny. Myliłam się. Przeniosłam się w czasie, mój ból widocznie zagiął czasoprzestrzeń i cofnęłam się o rok. Zobaczyłam wszystko dokładnie jeszcze raz, przeżyłam chwilę po chwili, minutę po minucie, obraz po obrazie. Znów otwierałam te przeklęte drzwi, wybierałam trumnę, płakałam na pogrzebie. Znów żegnałam się z nim w domu pogrzebowym i wsuwałam mu książkę pod łokieć… Poczułam się jakby oblepiała mnie smoła, gęsta i lepka, smoła złych, trudnych, ciężkich wspomnień. Pierwszy raz od nie wiem kiedy pozwoliłam sobie na palącą tęsknotę za nim, taką pierwotną, aż do kości i wykrzyczałam to głośno. Znów wyłączyłam telefon, nie wpuściłam nikogo za próg i obraziłam pół świata. A potem pojechałam na cmentarz, zapaliłam lampkę i papierosa i wyszeptałam: kocham Cię…

Przeżyliśmy razem 13 lat. 13 różnych, szalonych, szczęśliwych i nieszczęśliwych lat. Nic tego nie zmieni, nikt mi tego nie zabierze. To, co po nim zostało – jest bezcenne. I nie mówię o zdjęciach, czy innych materialnych tematach, zupełnie nie. Mówię o jego miłości, mojej wierze w siebie, we własne siły, moim poczuciu własnej wartości. Dziękuję Bogu za to, że postawił M. na mojej drodze i przysięgam, że nie zamieniłabym żadnej chwili z nim spędzonej. Pomimo wszystko.

M. zawsze będzie częścią mojego życia, mojej przeszłości, niejako cząstką mnie. To, jaka jestem, to w dużej mierze jego zasługa. I dziś już to wiem – jestem silna. Jestem bardzo silna. Nic i nikt mnie nie pokona. Jeśli nie unicestwię sama siebie – będę trwać, pomimo wszystko, na przekór wszystkim. Oto ja. Pora podnieść głowę.