…no właśnie. O czym to ja? Dziś rano jak wstałam miałam w głowie gotowy wpis. Tylko przelać na ten wirtualny papier. A teraz nic. Null. Zero. Totalna pustka.

Zawsze lubiłam listopad. Odpowiadał mi deszczem, mgłą, ponurą aurą. To zawsze był taki miesiąc, w którym zakopywałam się pod kocem, robiłam gorącą herbatę albo kawę, sięgałam po książkę i udawałam, że mnie nie ma. To był mój czas, jakoś tak ta szarość zawsze współgrała z czymś głęboko we mnie.

Już nie lubię listopada. Wszystkich Świętych mnie przerosło. Dwa groby do ogarnięcia i znów tysiąc wspomnień, nie do odpędzenia. Za chwilę będzie rocznica – nie wierzę, że to już rok minął jak nie ma M. Cały rok. Czas przeciekł przez palce, mam wrażenie, że stoję w miejscu, że nic się nie zmienia ani we mnie ani dookoła mnie. Czasem wracam do starych wpisów i mam wrażenie, że to nie ja pisałam, niemożliwe żeby to było moje życie. Zdecydowanie, wraz z M. umarła część mnie. I mojego świata.

Ostatnio ciągle jestem chora. Przeziębienie goni przeziębienie, kaszel, katar, stany podgorączkowe. Bóle mięśni, stawów, wszystkiego po prostu. Wiem, teraz taki czas, wszyscy chorzy, smarkają i zarażają, ale mam wrażenie, że jeśli o mnie chodzi to jednak coś ciut innego. Bo ja przez cały rok żyłam na adrenalinie, na zwiększonych obrotach. Byle do przodu, byle szybciej, byle dalej od wydarzeń, byle usiedzieć na tym deklu, pod którym chowa się wszystko. Spięta, zwarta, silna i gotowa do działania. Teraz zaczynam mieć wrażenie, że ta maska mnie uwiera, że siedzę na gorącym krześle i opadam z sił. Zawsze twierdziłam, że jesteśmy całością psycho-fizyczną.

Powiem Wam coś w tajemnicy. Chyba coś dobrego próbuje mi się w życiu wydarzyć. Jeszcze nie wiem czy na to pozwolę.