Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być wdową? A jak to jest być młodą wdową? Jak to jest zasypiać codziennie ze świadomością, że jego już nie ma? Że przed tobą całe życie, które tak czy siak musisz przeżyć, a nie dość, że nie wiesz jak, to jeszcze otoczenie dorzuca ci do pieca? Nie? To coś Wam opowiem.

Teoretycznie rzecz ujmując – mamy 21 wiek. Tak, wiem, praktycznie też, ale widzisz – niekoniecznie. Bo datowo – to i owszem, a mentalnie – ćwieczek straszny. Król Ćwieczek w sensie.

W tym kraju, pełnym skostniałych moralnie i etycznie zasad i norm tworzonych przez kostyczne społeczeństwo, młoda wdowa niemal codziennie rozbija się o ścianę. Czasem mniejszą, czasem większą, ale trzeba mieć świadomość, że komentarze rzucane za plecami, nawet cichutko, docierają do moich uszu. Dezaprobatę i presję można wyrazić na wiele sposobów. Nie trzeba mówić wprost: wystarczy znaczące spojrzenie, cmoknięcie pod nosem, pełna zdegustowania mina. Zastanów się tylko – czy mnie to obchodzi? Teraz? Właśnie w tym momencie?

Jak POWINNO SIĘ przeżywać żałobę? Najlepiej byłoby stereotypowo – rok w czerni, w smutku, przemykając pod ścianami. Niby wtłaczają dam do głowy, że teraz możemy wszystko, że granice się zacierają, że róbmy tak, żeby nam było dobrze. I robimy, staramy się – ja robię i przeżywam tę moją żałobę po swojemu, ale jakim kosztem, tego nie umiecie sobie wyobrazić.

Scena 1: dostałam dwa bilety na kabarety, poszłam bo lubię. Zaprosiłam kolegę, bo mogłam i chciałam. Poszliśmy, pośmialiśmy się, skoczyliśmy na kawę, wróciliśmy do domów. Bardzo miły wieczór. Efekt?

Komentarz nr 1: No naprawdę, rok nie minął nawet a ona się śmieje, bawi, jakby nigdy nic. W dodatku przyszła z tym swoim. A rok jeszcze nie minął.

Scena 2: Z innym kolegą poszłam do kina. Na „Pitbulla” zresztą, bardzo fajny film. Ktoś widocznie musiał mnie zobaczyć.

Efekt?

Komentarz nr 2: zasłyszany w telefonie, od kogoś z rodziny mojego Męża: to dobrze, że tak sobie świetnie poradziłaś. Że już doszłaś do siebie, że nie siedzisz w domu, nie płaczesz. Że tak szybko, ekspresowo, kto by się spodziewał, że już przebolałaś. Ale to dobrze, oczywiście, że dobrze.

Scena 3: kupiłam sobie kurtkę. W kwiatki. Białą.

Efekt?

Komentarz nr 3: rok powinno się w czerni chodzić, a nie takie pstrokate. Wstyd. Brak szacunku.

I wisienka na torcie. Dostaję wiadomość, na pocztę blogową, na adres podany tutaj. Pani w adresie mailowym zidentyfikowana z imienia i nazwiska. Mail nie ma powitania ani pożegnania, żadnego cześć, nic. Zawiera jedno zdanie, tylko jedno pytanie: „Jak umarł M.?”. Tyle. W odpowiedzi serdecznie gratuluję pani obcesowości.

Jestem zagubiona. Nie dość, że sama nie wiem jak mam przeżyć tą zakichaną żałobę, o którą się nie prosiłam, to jeszcze w dodatku świat miesza mi w głowie. A ja zaczynam mieć wrażenie, że tego nie przeżywam tylko upycham pod dywan, w zakamarki świadomości, byle dalej sprzed oczu, byle dalej od emocji. A ty mnie oceniasz, krytykujesz, osądzasz.

Bywa, że zaboli. Nawet kogoś tak gruboskórnego jak ja.